Fat - Fit Mama

Poświęcam dzieciom, sportom i pracy dużo czasu stąd niewiele piszę i publikuję. Porzuciłam chwilowo fotografowanie na rzecz ratowania własnego zdrowia. Siedzenie przy komputerze mi nie służy. Zmiany przeciążeniowe w kręgosłupie dają się we znaki do tego zaczęłam nosić okulary. A może dopadła mnie starość? Nie... Starość ma się w głowie! Co teraz robię? Przede wszystkim zrzucam kilogramy. Od stycznia już 4 w dół, a będzie więcej. Biegam, podróżuję, nie próżnuję. Zmieniłam tryb życia na ten sprzed ciąży i dietę, czyli żyję pełnią życia i w pełni aktywnie!

I tak po kolei…

Te kobitki, które pracują i mają małe dzieci wiedzą ile samozaparcia, energii i wolnego czasu trzeba, aby samemu się zdrowo odżywiać i żyć. Ale najwięcej do powiedzenia w temacie mają te babeczki, które siedzą w domu i ich jedynym zadaniem jest siedzieć i pachnieć, a największą misją dnia – ugotowanie rosołu, a czasem nawet i tego nie robią. Tak sobie myślę, że gdybym miała tyle wolnego, to Chodakowska mogłaby się bać . Mój brzuch, biceps i moje udo wyrzeźbiłabym niczym Michał Anioł, nie tam tylko schudła. A tak… Problem mam największy z regularnością posiłków i czasem. Dzieci nie pomagały gdy początkowo szłam biegać. Krzyczały „ty trzymaj za nogi, ja trzymam za brzuch, mama nie idź biegać!”. No i potem „poczytaj mi mamo”… Ehhh ulegałam. Myślałam, później pobiegam, a potem zasypiałam razem z nimi. Kiedy zaczęłam lepiej się czuć uznałam, że trzeba zacząć się ruszać, bez względu na wszystko. A szczęśliwa mama to przecież szczęśliwe dziecko. Najpierw starałam się biegać po tym jak chodziły spać. Teraz już się przyzwyczaiły i pozwalają mi wyjść, jak i pozwalają tacie czytać ulubione bajki. Razem z mężem pokazaliśmy dzieciakom, że ruch jest ważny, biorąc je kilkukrotnie na zawody. Teraz biegam jak mogę regularnie, staram się jeść więcej warzyw, jeść mniej pieczywa i pilnować, żeby pić.


POCZĄTEK

Czy znacie to uczucie? Chcemy schudnąć, prowadzimy aktywny tryb życia, trzymamy dietę, już, już osiągamy mały sukces, a tuuu… Dzieci chorują, potem my chorujemy, siedzimy kolejny miesiąc w domu i… waga wraca. Rany, jak ja tego nie znoszę!

Kiedyś chodziłam po wysokich górach, całymi dniami jeździłam na rowerze, wspinałam się. Miałam ksywę Czołówka, a moim mottem w Klubie Wysokogórskim było „lepiej się zużywać, niż rdzewieć”. Odkąd pojawiły się dzieci, a pojawiły się rok po roku i to po małych rewelacjach ciążowych, nie ruszam się zbytnio. Jeśli ktoś mi powie, że ciąża to nie choroba to go trzasnę! Przez 6 lat tuptałam za dziećmi, albo chodziłam jak orangutanica z rękami gotowymi do ochrony ich upadku. Próbowałam chodzić na siłownię, fitness, biegałam i nawet trochę schudłam… Jednak wszystko wracało, gdy nagle coś przyniosły. Wirus, bakteria, jedna wielka cholera. Do tego siedząca praca, kolejne studia w międzyczasie. Podupadałam na zdrowiu, tyłam, bo się nie ruszałam i zażerałam, żeby się jakoś uszczęśliwić. Zajęłam się też obróbką fotografii, bo to pozwalało mi nie zwariować w domu, co oznaczało wielogodzinne siedzenie przy komputerze w porach późnowieczornych – kiedy dzieci poszły spać. Wydawało mi się, że robię coś sensownego, ale czułam się coraz bardziej zmęczona. Nie jestem domatorem, siedząc długo w domu czuję, że umieram. Nie cierpię prać, sprzątać. Gotować lubię, ale dziś już mniej niż kiedyś. Mimo starań cały czas czuję, że jest ze mnie zabiegana nieperfekcyjna pani domu. Najważniejsze są dla mnie moje dzieci i dla nich rezygnowałam z aktywności sportowych, poza tym byłam niewyspana i czułam, że nie mam na nic siły. Efekty – waga powracała jak boomerang, z nią ból kręgosłupa, brak energii i motywacji. Myślę niejedna mama czuje to samo. Patrzy w lustro i wspomina dawną siebie – zadbaną, wysportowaną. Nie wiem jak inne matki to robią, ale ja też chcę spróbować. Dziewczynki im starsze, stały się coraz bardziej samodzielne, więc najwyższy czas zadbać o siebie i swoje zdrowie. 


WSPOMNIENIA Z PAMIĘTNIKA

Które zaczęłam pisać na blogu, ale zaniechałam - wolę więcej czasu spędzać bez komputera.


20 marca

Dziś z rana musiałam odreagować stres. Mama miała dziś operację. Zawiozłam dzieciaki do przedszkola i wykorzystując przerwę miedzy przedszkolem, a pracą pobiegłam w stronę Bielszowic. Biegłam po mi znajomych drogach, które dawniej przemierzałam chodząc do starych przyjaciół. Padał deszcz i dżdżownice zaczęły wychodzić na drogę. Zaczęłam je zbierać… Niektóre biedaczki już ktoś rozjechał na miazgę. Podniosłam głowę i zobaczyłam minę gościa wychodzącego z wypasionego domu do równie wypasionego samochodu. Mina mówiła „Co za wariatka, nie dość, że biega w deszczu to jeszcze „glizdy” zbiera!” 

 22 marca

Jak nie urok to… Kobiety mają pod górkę. Mężczyznom jest dużo łatwiej! Kobiety rodzą, są z dziećmi, kiedy są chore i jeszcze to dziadostwo co miesiąc… Ale podobno jesteśmy jedynymi stworzeniami na Ziemi, które krwawią pięć dni i nie zdychają… 

Mój tydzień… Wtorki i czwartki są dla mnie najgorsze. Mimo, że najwcześniej kończę pracę, to potem ogarniam w domu wszystko lecę po dzieci i znów lecę – na ich zajęcia. Dzieci należą do 55 Rudzkiej Gromady Zuchowej „Pracowite Pszczółki” i we wtorki mają spotkanie, potem powrót do domu – ogarnianie obiadu oraz zamiana z mężem. O 19.00 biegnę na angielski, który trwa do 21.00. Wtorki to też dzień zebrań i konferencji, bywa, że nie ma mnie cały dzień w domu i wtedy zastępuje mnie moja mama. W czwartek powtórka z rozrywki, tyle, że chodzę z dziećmi na ścianę wspinaczkową – sama się nie wspinam, a asekuruję dzieciaki (patrzę rozmarzona, bo też bym chciała mieć asekuranta). Wieczór czwartkowy – angielski znów do 21.00. Środy angielski dzieci, na szczęście nieco krócej. Poniedziałki i piątki to popołudnia tylko z dziećmi – wtedy razem coś robimy    To wszystko sprawia, że nie mam zbyt wiele czasu dla siebie i aby się ruszać. Więc trzeba mieć chytry plan. Biegam więc albo po 21.00 albo podczas zajęć dzieci… Coś trza robić, by nie gnić!!!!

23 marca

Śniadanie zjedź sam, obiadem podziel się z przyjacielem, kolację oddaj wrogowi. Wzięłam sobie tą zasadę do serca, jak i drugą „jak myślisz, że jesteś głodna, to może jesteś spragniona”. Piję więcej wody na wszelki wypadek, bo głodna znaczy wnerwiona, a w moim zawodzie nerwy trzeba na wodzy trzymać    Dziś na 8.00 do pracy, a nie na 7.00 jak zwykle, ale pobudka ta sama bo dzieci. Tyle, że na moje śniadanie więcej czasu    Wchodzę na wagę, ani drgnie. Wiem, rosną mięśnie, które ważą jeszcze więcej niż tłuszcz, sobie tłumaczę    Ale mogłoby drgnąć durne narzędzie! Spadek motywacji. Pogoda nieprzyjemna – zwalam na pogodę. Wczoraj zmieniłam plan likwidując poprzedni, bo mi się źle wyświetlały informacje. Efekt – Polar dołożył do pieca! Hoho… widzi z kim ma do czynienia! Tak łatwo się nie poddam. Pokonam drania w przedbiegach? Przyjaciółka mówi mi „nic się nie martw, jak ty sobie coś w główce poukładasz, to już zrobisz”. To i robię.

23 marca

Tak było rok temu. Fejs mi przypomniał. Pisałam wtedy „Dziś jestem dalej niż wczoraj, jutro będę dalej niż dziś”. I co? I gówno!

Stoję w miejscu.

25 marca

No i ta mała cholera drgnęła. Waga daje nadzieję, ale taką nadzieję dawała już wiele razy, więc jestem sceptyczna. Po przebiegnięciu kilkudziesięciu km w tym tyg i diecie trochę poszło w dół. Do normy 8 kg, a do ideału kilkanaście. Sporo pracy przede mną. Zaczął się weekend, więc mam wolne od biegania. Słoneczko za oknem… Rower z dziećmi? Może jakaś wycieczka? Weekendy są najgorsze dla zrzucających wagę. Bo zawsze coś kusi. To znajomi częstują łakociami, alkoholem, to rodzina proponuje kluski i roladę. Trza być twardym nie „mientkim”…

28 marca

Jeszcze niedawno myślałam, że jeśli zmienię dietę to stanie się cud… Nie schudłam, ale nie znaczy to, że cudu nie ma! Dieta zmienia samopoczucie. Człowiek jedząc lekkie, łatwostrawialne potrawy czuje się dużo lżej i ma wiele energii. Nie wierzę w suplementy choć wiem, że pozytywnie na mnie działa Bodymax, magnez, wit. D i lecytyna – dodaje mi energii. Nie wiem czy to przypadkiem nie efekt placebo… może. Nie mogę pić też nawet niewielkiej ilości alkoholu i kawy – odbiera mi to siłę, za to duża ilość wody energetyzuje. Czasem jednak przychodzi taki piąteczek i stare nawyki żywieniowe z dzieciństwa dają o sobie znać i trudno wytrwać. Chce się wtedy coś zjeść i wypić na max niezdrowego. Mam wtedy smaka na coś smażonego, jakieś dziadowskie chipsy cebulowe, grilla itp… Wtedy jako zamiennik robię popcorn lub ten oto smalec. Ogólnie nie jestem wegetarianką, choć wiele dań z tej diety wykorzystuję na co dzień. Po prostu mięso przestało mi smakować. Nie wiem, czy to ze względu na jakość, czy ze względu na to, że się już nim przejadłam. Dochodzą jeszcze względy ideologiczne, bo trochę jestem eko zakręcona.

A dziś… Boli mnie gardło i jestem osłabiona. Mam nadzieję, że mnie nie rozłoży znów… cały mój plan się rypnie   

29 marca

Chora. Siedzenie i pilnowanie chętnie – obowiązkowo    młodzieży w lodowatym kościele na rekolekcjach dało się we znaki. Wymarzłam tak, że pijąc ciepłą herbatę czułam, jak ciepły trunek rozlewa się stopniowo po moim ciele. Gardło piecze, leje się z nosa, brak motywacji, energii, a tu znów trzeba iść do pracy. Wszystkie plany się rypły   

30 marca

Marzec… Nadeszła chwila podsumowania. Początek i koniec miesiąca – chora. Mimo wszystko to miesiąc niepoddawania się. Mama i teściowa szczuplejsze ode mnie!!! Podchodzą też takie chude, które mi trują, że przytyły i mają „taaaki fet”. Nie wiem czy to bezrefleksyjne, czy zamierzone gadanie… Wolę myśleć pozytywnie, więc stawiam na brak empatii u tych osób. Się nie przejmuję. Przyroda zaskakuje, a wszystko w niej w równowadze. To co zgrubło może schudnąć i na odwrót. Kwiecień będzie miesiącem walki. Zaczęłam od panelu wziewnego u alergologa i kaszlu..

 

Kwiecień, maj, czerwiec miesiącami walki.

Lipiec miesiącem podróży i sukcesu :)

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

2017  tworczapracownia.pl   globbersthemes joomla templates