Korona Gór Polski

Właściwie mój artykuł powinnam zatytułować KORONA GÓR POLSKI -  JAK BYĆ SZCZĘŚLIWYM… Dalej wyjaśnię dlaczego.

SZCZĘŚCIE

Dawno nie pisałam nic na blogu. Długo nie miałam weny i energii, żeby się tym zająć. Dziś piszę, dlaczego? Bo nowy rok postawił przede mną nowe wyzwania i otworzył nowe możliwości. Prawda jest taka, że to nie nowy rok, a ja sama otworzyłam się na nowe.  Mawiają, że jest się więźniarzem siebie samych i tak naprawdę szczęście mamy w głowie. Mentalna wolność i odwaga – to coś co mam, ale o tym zapomniałam.

Moją stałą przeszkodą jest wbudowany komplikator i jakaś 1/3 nieszczęśliwie zakręconych komórek mózgowych. Dlatego co jakiś czas przełączam się w tryb „nieszczęście, dół, beznadzieja” i zaczynam marudzić. Na fejsie też smaruję jakieś dobijające teksty o końcu mojego świata (przepraszam wszystkich, ale albo się przyzwyczaicie, albo mnie odrzucicie). Kiedy czuję się źle? Kiedy nie mam nowych wyzwań, kiedy w życiu zagości stagnacja, rutyna, kiedy jestem przemęczona, chora, kiedy dzieci chorują, kiedy nie widzę sensu robienia czegoś, a muszę to robić, z braku słońca, kiedy trzeba siedzieć w domu, kiedy ludzie dotkną mnie swoim brakiem wrażliwości. I tak zdołowana z tych różnych przyczyn czułam się pod koniec 2015 choć właściwie nie miałam większych powodów do zmartwień. Przespałam się z beznadzieją, a właściwie w końcu wyspałam. Odpuściłam sobie wszystkie dodatkowe prace – łącznie z pisaniem na blogu i robieniem zdjęć, bo pochłaniały mój czas, który przeznaczyłam na wypoczynek. Od 1 stycznia weszłam w życie jako nowa ja… zaczęłam coś z sobą robić. Zaczęłam biegać i powracać do dawnej mnie. Nabrałam energii, uwierzyłam w siebie, przypomniałam dawną mnie z wbudowanym ADHD. I nie jak każdego stycznia zaczęłam ćwiczyć w celu zrzucenia kilogramów, ale przede wszystkim  w celu polepszenia samopoczucia. Nareszcie stało się to możliwe, bo podleczyłam mój rozwalony kręgosłup. Wcześniej biegałam z wielkim bólem, aż łzy ciskały się do powiek.  Targanie trzydziestokilowych plecaków przez góry Europy i Azji nie skasowały mi tak kości jak dwie ciąże, noszenie dzieci i pozostała spora nadwaga. Więc ćwicząc walczyłam z bólem i przemęczeniem matki Polki. Dużym problemem było niewysypianie. Dzieciom sen nie synchronizuje się i gdy jedno szło spać, to drugie hasało, a gdy drugie się budziło to pierwsze jeszcze spało, a oczywiście obie chciały zawsze do mamy. Nie wspomnę już o tym, że od 10 miesiąca życia nie spała żadna ani minuty w dzień, a w nocy budziły się notorycznie, oczywiście o różnych porach. Więc byłam tą, która chodziła jak suseł z posępną miną. Bieganie pozwoliło nabrać życiu nowy, większy sens. Postawiło nowe wyzwania – dystans, czas, może kiedyś jakiś maraton? Ale bieganie także zaczęło przywracać wspomnienia, te sprzed  kilku lat, kiedy byłam w dobrej formie, wspinałam się i czułam dobrze. Bo kiedy Magda czuje się najbardziej nieszczęśliwa? Kiedy nie obcuje z przyrodą, kiedy nie chodzi po górach i siedzi na dupie! Umarłabym będąc zamkniętą wciąż w tym miejskim Babilonie, nawet, gdybym miała złoty pałac i darmowe karnety do kina, teatru i na siłownię. 

GÓRY Z DZIEĆMI

Przebierałam nóżkami. Oglądałam filmy o górach w telewizji, pisałam o nich wiersze, marudziłam. Patrzałam jak moi młodsi i starsi klubowi koledzy, z którymi zaczynałam swoją przygodę z wspinaczką zdobywają szczyty i stają się sławami himalaizmu. Kowalski, Jawień, Chmielu, Czech, Pawłowski wchodzili na kolejne wysokie góry, a ja siedziałam w domu obserwując ich wyczyny w internetach i w gazetach. Wstyd mi było mówić, przychodząc do KW Katowice, że znów NIGDZIE, nie byłam, gdy wszyscy mieli tyle do opowiadania. Bo przecież, człowiek, który nie ma dzieciaków, lub je ma i jest zdrowy nie zrozumie. Więc przestałam bywać w środowisku górskim. Spotykałam się tylko z tymi, którzy rozumieją - z Wandą i ekipą na wieczorach czwartkowych, gdzie pokazywano slajdy z gór. Moją energię też pochłaniała szkoła i fotografia, która zabierała mi weekendy. Czasem była jakaś namiastka gór, jakiś wypad w Beskid, ale to dla mnie mało... W chłodne miesiące nie było szans się ruszyć z dziećmi, dlatego koniec 2015 był taki ciężki dla mnie.

Dlaczego zaczynamy chodzić po górach dopiero kiedy Hania 4 lata, a Zosia 5 lat ktoś zapyta… Bo przecież rodzice z dzieciakami chodzą po górach od niemowlęctwa. No właśnie… jeśli łzy się ciskają z bólu przy bieganiu, to przy noszeniu jest jeszcze gorzej. A ponieważ obydwie są prawie w tym samym wieku obie chcą być noszone na raz. To ponad nasze siły :)

Ale najważniejsze by zacząć… Lepiej późno niż wcale. Ale czy to jest łatwe? Wierzcie mi nie. Zwłaszcza, gdy jedno dziecko odziedziczyło komplikator po matce, drugie upartość po ojcu i konsekwentnie powtarzają, że nogi bolą, że tęsknią za domkiem. Co robi matka? Pociesza… Wewnętrznie się wnerwia, ale nie pokazuje. Czasem pęka. Po drodze myśli sobie i tu proszę o wybaczenie za szczerość ”choćby się zesrać – wejdziemy”!

Okazuje się po wycieczce, że było fajnie, że dzieci zadowolone, że wcale nogi nie bolały, jedynie troszeczkę… O nerwach matki i ojca nikt nie wspomina.

KORONA GÓR

A zatem podjęliśmy wyzwanie… Nie planujemy czasu w jakim to zrobimy, ale konsekwentnie będziemy wchodzić na największe szczyty Gór Polskich. Może nie tyle wchodzić, ale zdobywać… To będą nasze Góry Gór z Dziećmi. Nie ważne jak, ważne, żeby być w górach. To dla zdrowia dzieci, naszego zdrowia fizycznego i psychicznego. No i przecież każde dziecko wie, że podróże kształcą. Sama wiem to najlepiej, gdyż będąc czteroletnią dziewczynką obeszłam z rodzicami Tatry i wiele gór Polski. Tyle, że ja nie marudziłam, od małego kochałam podróże. Zobaczymy… Jeśli dzieci nie pokochają wycieczek w góry, to przerwiemy ten projekt. Kiedy dziewczyny siedzą w domu, pytają się kiedy znów pojedziemy. Więc jest nadzieja. Kiedyś marzyłam o Koronie Ziemi… Teraz muszę pogodzić się, że tego marzenia nie spełnię. Uważam, że byłby to zbyt duży egoizm z mojej strony. Poza tym, mój kręgosłup pewnie by mi na to nie pozwolił. Ale Patagonię kiedyś odwiedzę z dziećmi ;)

2017  tworczapracownia.pl   globbersthemes joomla templates